Świętojanki, tak po pyrlandzku mówi się na porzeczki. Czerwone porzeczki na krzakach pojawiają się pirazyoko na Jana , przy Nocy Świętojańskiej.
Kategorie: Wszystkie | babcia | kaptyn | my | mła
RSS
czwartek, 17 stycznia 2013

http://www.youtube.com/watch?v=2iUiClp6Uxg

Smutne, czy tylko prawdziwe? Na razie mam tylko minutę.

"Na prawdziwą miłość pierwsza, drugą, siódmą.
Na to by się wybić lub tylko się urżnąć,
Na to, aby zostać raz człowiekiem czynu,
I wstać trochę wcześniej masz tylko pięć minut

Pięć minut,
To życie 5 minut,
Dwa słowa 5 minut,
Nie zwlekaj 5 minut,
Bo będziesz żałował!

Sex w samochodzie, jeśli ma się auto,
Na to by wychodzić z domu było warto,
Na przygotowanie się do egzaminu,
By potem go nie zdać masz tylko piec minut!

Pięć minut ...

Na dziecko, na drzewo, na dom i na sukces,
Na to by zrozumieć, ze wciąż jest się głupcem,
Na szczęścia pozory, na lot do Londynu,
Na spokój przed burzą masz tylko pięć minut!

Pięć minut..."

14:26, swietojanka1 , mła
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 listopada 2012

wjiju tatry

aura, nie aura ja chcę w Tatry - teraz. Tęskno strasznie, a tu tyle cholernej roboty.  Ach gdyby wygrać choć milionik... :)

15:32, swietojanka1 , mła
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 października 2012

to już trzy lata brakuje mi Twojej herbaty, żeglarskich opowieści, czarnego humoru,  czekolady wytarganej z szafki,  listów z kwiatami na imieniny i ... i... Ciebie. Kto by się spodziewał, że ludzie wokół nas tworzą tyle małych chwil wtopionych w nas, przez co często niezauważalnych? Dopiero ich brak powoduje wyrwę zalepianą niezbyt skutecznie przez czas.

Ostatnio byłam na grzybach i zebraliśmy ich tak wiele, że zwracałam już Ci uwagę, że za dużo, co z tym zrobimy i niech dla innych zostaną. Ale wyskakiwały kolejne kozaki, borowiki i podgrzybki. I później jak je obierałam i te małe, czarne piękniutkie postanowiłam wsadzić po Twojemu-Tatowemu do octu, okazało się, że do cholery nie przekazałeś mi tego Twojego, najlepszego z wszystkich przepisów. Ile umyka nam bezpowrotnie.

23:39, swietojanka1 , kaptyn
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 września 2012

W końcu jestem wyrwana z przeszłości, z oczekiwania na nieuchronne. Można popatrzeć ku (czemuś), lub posiedzieć nał. Po tygodniu rower wrócił do łask, ale już bez ”obcisłego, bo to warto mieć styl” tylko w cieplejszym, porannym zestawem ubrań. - Dzień dobry rękawiczki, dzień dobry długaśne spodnie, ale czapeczka niech się jeszcze nie pcha, niech poczeka...

Konferencja w Berlinie nawet ciekawa, ale nie tak jak kilka dni spędzonych tam w „gości” u chrześniaczki. Pokazała mi nawet swoje pudełeczko pełne skarbów, a wśród tych zapałek, guzików, śrubek był diament, który łapeczka wcisnęła mi do łapy :) Przypomniało mi się moje pudełeczko pełne skarbów – mam je do dzisiaj!!! Tylko chowam przed Moim, bo wg niego te śmieci trzeba wyrzucić. Nie zna się chłop nic, a nic na magicznych pudełkach :)



12:22, swietojanka1 , mła
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 września 2012

Hycnęła mi dzisiaj wiewiórka przed nosem! Była szybsza od moich dwóch kółek i chyba miała niezłą z tego zabawę, a i ja też z niej :) i tyle o! :)



15:52, swietojanka1 , mła
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 września 2012

 i znowu ten dwudziesty dziewiąty. Usłyszeliśmy od lekarza "nie jest dobrze proszę państwa".

I po 7 tygodniach radości tak sobie cierpimy i ja i On.

i tak sobie czekamy... już tydzień czekamy, aż poronię - ot bliźniaki się zrobiły. Organizm chyba zbyt mocno zaszalał (nadrabia stracone lata?)

więc jak szalona jeżdżę  rowerem  po wertepach , przetańcowuję wesele prawie do rana, opijam się kawą,  tryskam czarnym humorem i się zamykam

15:42, swietojanka1 , my
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 sierpnia 2012

- Ukraińskie górki są piękne, lecz momentami mało przyjazne – oto skrótowe podsumowanie wakacji :). Myślę, iż wynikało to z ciągłego zmagania się z brakiem wody! Źródełka owszem były i zaznaczone na mapie i odnajdywane w terenie – tylko to nie były wartkie strumienie, do których przyzwyczaiłam się w innych pasmach gór, lecz leniwie zbierająca się woda we wgłębieniach w ziemi. I z niego dopiero menażką, delikatnie by nie zmącić i przy okazji nabrać osadu, oraz zbyt wielu z powierzchni owadów nabierało się wody. Z rozrzewnieniem przypominałam sobie wartkie strumyczki w Pirenejach, Rumuni czy Gruzji i choć były z lodowatą wodą, to można było się w nich  wykąpać, umyć naczynia, nabrać wody do woli i pić, pić piiiić.

Po za tą drobnostką to było pięknie, a od czasu do czasu pojawiały się bardziej odbiegające „od normy” zdarzenia, a raczej ludzie :)

Wchodzimy na zachmurzoną, okraszoną lekką mżawką Popadię. Z naprzeciwka wyłania się brodaty turysta dzierżący w ręku wielki konar. Chcąc zagaić mówię, że drzewa tutaj wnosić nie trzeba, gdyż wokoło rosną kosodrzewiny i na ognisko powinno to wystarczyć. - Trójzyp niosę – wyjaśnił Ukrainiec. Szybkie spojrzenie na konar i faktycznie kończył się trójząbowato w kształt symbolu Ukrainy...

 Po kilku dniach spania pod namiotem trafiamy w lesie na zachwaszczoną polanę, gdzie stoi drewniana chatka. Z mapy wynika, iż jest to niezagospodarowane schronisko, więc już wiemy, że tego wieczora śpimy pod dachem :) Jednak nie sami. Natknęliśmy się na ukraińskiego turystę, jak się okazało Pana psychologa (Pana P.), lecz po tym wieczorze mieliśmy raczej wrażenie, że znajduję się po drugiej stornie psycho-barierki.

Pan P. na czole chyba miał jakieś skaleczenie, gdyż pośrodku, chyba jodyną, namaziane było kółko. Ponoć pracuje w dużej korporacji we Lwowie. Ubrany był, jak kilku napotkanych po drodze już ukraińskich turystów, kamasze i dresik pseudo „kreszowy”.

Stroje odbiegają od „naszych” obecnych turystycznych „standardów”, lecz zaledwie 15 lat temu też się tak ubieraliśmy: kresze, dresy lub moro. Wśród mieszkańców Ukrainy nie tak dawno (w ichnich górach już była m kilka lat temu) obudził się chyba duch górskich wędrówkę, ograniczony na inne kraje np. zachodnie ze względu choćby na wizy, problem z wyjazdami z kraju i bardzo drogimi dla nich europejskimi cenami.

Wracają do Pana P., to nieproszony zrobił szybciutką analizę naszych osobowości (kto introwertyk, a która to ekstrowertyczka). Następnie dodał, że będę chorować na serce (bolszoje i otwerene), a Pan eM na gardło (chyba o donośmy głos chodziło). Pan usilnie chciał byśmy skorzystali z nabranej przez niego do butelki wody, choć mieliśmy swoją, a źródełko było 50 m dalej. Wkręciłam sobie, ze to woda z jakimś badziewiem, które ma nas zamroczyć.

Spanie z Panem P. pod jednym dachem było najgorszym noclegiem podczas tego wyjazdu. Choć miejsca było c na sześć karimat, Pan odstąpił nam jedynie fragment tego legowisk. Przy czym ulokował się przy nas, by na pozostałej przestrzeni porozrzucać swoje rzeczy. Mało komfortowa sytuacja, gdy teoretycznie miejsca jest bardzo dużo, a ktoś dyszy Ci w plecy... a i jeszcze piła wisi nieopodal. Zakopana w śpiwór wkręcam sobie, ze facet pewnie właśnie sztyletuje eM, a ja nic nie słyszę. W tym samym czasie eM wkręca sobie, że facet go zaraz zaźga nożem, a mnie zgwałci...

Jakoś przeżywamy tę noc, z nadzieją, że o zapowiedzianej 6 rano Pan P. wyjdzie w góry, a my się jakoś wyśpimy. Nic z tego Pan P. ćwicząc nasz asertywność lub cierpliwość, nie reagując na moje komentarze, pakował do miliona woreczków swoje rzeczy przez... 3 godziny!!! itp :) Co wg mnie przeciętnie zajmuje max 20 min... w końcu poszedł, a Pana woda posłużyła mi do mycia głowy :).    

Po kilku godzinach, przy jednym z wierzchołków góry natknęliśmy na leżące na kamienistej ścieżce jego kamasze, plecak i kij.

 Pogoda w górach była bardzo zmienna i przypominająca w tym czasie tę w Polsce: burze, burze, burze. Wędrując wśród połonin, grzbietem Czarnohory widzieliśmy, że przypalające nas w tym momencie słońce niedługo zamieni się w idącą nam z naprzeciwka burzę. Ale, ale - nagle się zastanawiam - czy mnie słuch nie myli, czy słyszę jakieś indiański śpiew. Słuch mnie nie zawiódł w naszym kierunku zmierzał młody chłopak, uderzający w trzymany w rękach bęben w rytm śpiewanej indiańskiej (?? szamańskiej???) pieśni. Za nim wyłaniały się już burzowe chmury, a on minąwszy nas niewzruszony szedł śpiewając dalej.

 Pozostałe elementy to już same uroki wyjazdu jak podwózka Kamazem, gromy i pieruny na grani, napotkane żmije, dwutygodniowe obżarstwo jagodami czy wykupienie priepustki przy Howerli, bo wchodzimy przecież do międzynarodowego rezerwatu biosfery ( gdzie kosodrzewina jest wycinana i szykowana dla turystów jako podpałka na ognisko, a wielbiciele wozów z napędem 4x4 mogą wjechać na najwyższy szczyt Ukrainy - Howerlę)

14:56, swietojanka1 , my
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 lipca 2012

 głupota? naiwność? twardość? matka teresa? 

miałam jechać na pół roku, potem miesiąc w siną dal

miałam rzucić wszystko (niewiele tego zostało :)  i spełniać zaległe marzenia

zaczęłam palić mosty z przeszłością

a on rzuca wszystko dla mnie... ile życie zna takich historii? chwilowych?

phi 

jak nie spróbuję, to się nie dowiem, a zawsze COŚ  czeka za życia rogiem :)

Ukraino, górecki znane i nieznane przybywamy

O!

 

p.s. tylko tych porzeczek i jeszcze kwaśnych papierówek żal zostawić 

 

20:44, swietojanka1 , mła
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 lipca 2012

Rok, ech rok temu to siedziałam sobie nad stawem w rumuńskich góreckach. Pomimo słoneczka i pięknych okoliczności przyrody coś było nie teges. Intuicji nie mam, przeczuć tym bardziej, ale może dał o sobie odczuć ten „niebieski kwiat” mój przyjaciel, być może żegnał się, albo odczułam pustkę, bo tu i nigdzie indziej go już nie było?. A być może zwykle przesilenie w górach, a reszta po prostu pasowała. Kto wie...

Rok później jego przyjaciel jak i jego rodzina woleli nie pamiętać, ale my dwie, unikając reszty „żałobników”, piłyśmy opowiadając błahostki. A że nieszczęścia, wg mojej mamy, chodzą trójkami to na początku naszej knajpowej wędrówki natknęłam się na nią –zupełnie małe literki byłyby niewidoczne. Pośredniczka mojego bólu, wiwisekcji naszego i mojego życia, katalizator dla mojego narzeczonego, by zniszczyć wszystko lub posmakować czegoś nowego(?!?), a może spalić wszelkie mosty?

Odległość między nami wynosiła niecałe 2 metry i... no właśnie i nic. To ona mi przecież wszystko powiedziała, a on... miał mnie.

Kolejne godziny czekałam na trzecie nieszczęście, by rano jadąc rowerem do pracy uświadomić sobie, iż przecież podczas wczorajszej burzy zalało mi licznik rowerowy. Aaaaaaaaa

Cierpię nie widząc prędkości i dodawanych kolejnych kilometrów do tegorocznego wyniku!!!

 

p.s. A świętojanki umilają mi podniebienie :)



12:36, swietojanka1 , mła
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 czerwca 2012

- Pali Pani?

- Nie

- Hmmm, coś tam słychać w prawym płucu, być może to początek zapalenia oskrzeli. Proszę uważać na siebie, witamina C... – powiedziała rutynowo badająca mnie lekarka podczas cyklicznych badań z medycyny pracy.

 

– W otoczeniu nie słyszała Pani, by ktoś miał gruźlicę? – zapytała lekarka rodzinna

- ?!?... nie

- A ma Pani jakąś alergię, astmę?

- Nie

- Coś tam słuchać w Pani płucach. Proszę zrobić prześwietlenie i wtedy zobaczymy.

 

Jak wytłumaczyć lekarzom, że to smutek się przemieszcza i chrobocze to tu, to tam...



10:58, swietojanka1 , mła
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9